czwartek, 29 sierpnia 2013
niedziela, 18 sierpnia 2013
Regaty o Puchar Poloneza 2013
| Startują bardzo znani żeglarze i regatowe, oceaniczne jachty. |
S/y „Blekot” to balastowa, regatowa, wersja jachtu Kłobuk 22 (inaczej Fokus
650), bardzo dobrze wyposażona. Ponad półtora metra zanurzenia z 300 kg bulbem
daje spory zapas stateczności a ułamkowy takielunek i maszt gięty u góry
achtersztagiem i na dole baby-sztagiem oraz dobre żagle mogą sprawnej załodze dać dużo frajdy z
pływania. Tym niemniej jest to raczej mała łódka (6,5 metra długości - Grzegorz mówi, żebym pamiętał że to 'kajak')
użytkowana, poza regatami (w wersji z mieczem zamiast balastu), do pływania
weekendowego w 2 osoby po Mazurach. Mamy nową, głęboką, nigdy nie używaną, płetwę sterową (stara na wszelki wypadek pod kokpitem). Ja nigdy wcześniej na Blekocie nie pływałem, no ale mamy przed sobą 200 mil do Świnoujscia żebym się nauczył. Jak się będzie sterować przy silniejszym wietrze i jak zachowywać na fali?
Droga na regaty
Do portu jachtowego w Gdańsku dojechaliśmy późnym wieczorem w czwartek. Po drodze odebraliśmy Spot-a od Przemka - będziemy mieli swój własny live-tracking (dziekuje!). Tydzień
wcześniej przywieźliśmy „Blekota” do Górek Zachodnich z Ostródy i
otaklowaliśmy. Nie udało się nam wyjść z portu przed północą, do następniego
dnia nie można było czekać - na bok przesądy! Wychodzimy z zamiarem jak
najszybszego dotarcia do Świnoujścia. Wieje z południowego zachodu 4B, łódka w
baksztagu pod pełnym grotem za bardzo ostrzy, refujemy się na pierwszy ref i
autopilot daje radę sterować, prędkość 5 do 6 węzłów. Płyniemy na żaglach „turystycznych”,
tzn. dakronowych i większych od regatowego mylarowo-kevlarowego kompletu, który
jest wpisany do świadectwa KWR (i który leży przywiązany w pokrowcach na pokładzie).
Mamy też zamontowany potężny wytyk do 70 metrowego genakera, którego również nie
będziemy używać w regatach. Idę spać wiedząc, że za Helem czeka nas cięższa
pogoda - wiatr ma się wzmagać i skręcać na zachodni i północno zachodni no i na
pewno będzie fala. Wstaję za Helem, już jest jasno, bajdewind. Rośnie fala, po
minięciu Rozewia wiatr skręcił i halsujemy się wzdłuż brzegu cały dzień i
kawałek nocy. Zmęczeni, wyhuśtani i głodni (na pure ziemniaczane ze skwarkami nie mogę
patrzeć do końca rejsu a i teraz gdy to piszę mam ... taki jakiś niesmak ...) wchodzimy po ciemku do Łeby. W marinie trochę ciasno a
tam gdzie jest miejsce ... płytko - w/g echosondy mamy tylko 30 cm zapasu pod
kilem. Gorący prysznic i spać ...
| Puste plaże Słowińskiego P.N. |
| Ale nastroje, zachód jak w mordę strzelił! |
| Delphia VII, Janeczka 2 i Blekot w Kołobrzegu |
Start
| Szymon płynie na start. |
Sprawdzam takielunek, dociągam wanty. Wyciągam żagle sztormowe, które widzialem tylko w postaci "worka z napisem" i oglądam je dokładnie na trawie - to są żagle od Mini 650, zgodne z przepisami klasowymi dla regat oceanicznych, wykonane z pancernego (i wściekle pomarańczowego) dakronu! Grot ma jeden a fok dwa refy i wygłądają jak nowe! Humor mi się wyraźnie poprawia, z takim zestawem to silne wiatry są mniej straszne a fale też już niezłe przerobiliśmy po drodze, w końcu jest nas dwóch - damy radę! Składamy też spinaker, który być może uda się użyć na początku, zaraz po starcie.
| Komplet wyścigowy |
Wieczorem wiatr rośnie, fala już solidna, trzeba sterować ręcznie, czasami nas wywozi do wiatru i trudno jest odpaść ale daje się to opanować, wydaje mi się, że sam fok sztormowy to trochę za mało (pewnie predkość spadła by nam o pół węzła ;-)). Grzegorz steruje, ja idę pospąć, budzi mnie zmiana halsu, bez butów i kamizelki jestem mało przydatny, trzask bomu przy zwrocie powrotnym na kurs jest przeraźliwy, od razu wiem, że coś jest nie tak, grot się trzepie, urwał się i poleciał w morze rzep mocujacy róg szotowy do bomu, stojąc w zejściówce dociągam szkentle na maksa, da się płynąć, dobrze, że tylko tak się to skończyło (dupa ze mnie, nie kapitan ...). Ubieram się i zmieniam Grzegorza. Jest ciemno, księżyc już zaszedł, morze czarne ale miedzy kłębiastymi chmurami świecą gwiazdy i przelatuja meteory, widok bajkowy. Widać już latarnie Dueodde i choć czasami ginie za falami to łatwiej trzymać kurs na nią niż na kompas czy GPS-a. Wiatr oscyluje około 26-28 węzłów, w porywach 32, poźniej 35. Chcę wybrać grota ale coś nie idzie, zapalam czołówkę i przez dłuższą chwilę przyglądam się bez zrozumienia konfiguracji takielunku, bom leży na pokładzie opierając się nad zejsciówką o laminat, urwał się ... cholera. Na czym on się tak sztywno trzyma? Aaa ... przeciez przez środek idzie szkętla z dyneemy, która wybrałem na maksa korbą. Zastanawiam się co można zrobić, zasadniczo tego grota można używać jak trajsel no ale baksztagiem to będzie kiepsko działać i potem nie będzie się dało go łatwo zarefować, a przecież wiatr dopiero ma się nasilić ... no i co zrobić na wodzie z linami które idą środkiem bomu ... uciąć? Wiązanie bomu do masztu raczej nie wchodzi w rachube, tam są ostre kanty coś sie upieprzy ... Widzę światła dwóch jachtów wracających już z Chritianso i słysze pogaduszki przez radio "Polskiej Miedzi" z kimś przed nimi. Omijam wypłycenie przy latani szerokim łukiem i chowam się za wyspę, wiatr tutaj słabszy i fala też malutka.
Nexo
Budzę Grześka na podejściu do Nexo, port przyciąga ... Wchodzimy bez problemu, chwilę po drugiej w nocy, port znam, stajemy na wolnym miejscu rezydenckim, oglądamy straty i inne jachty z "polonezowymi numerkami" w basenie rybackim. "Amo" też jest, Kapitan śpi. Słyszymy korespondencję holowanej uszkodzonej "Sagali" i "Falkora", wołamy, chcemy im powiedzieć, że wejście do Nexo 'jest spoko' ale nie odpowiadają, widzimy, że wchodzą. Kładziemy się spać. Rano zastanawiamy się co robić dalej: wracać, płynąć dalej, wracać prosto do Gdańska? Dostajemy SMS-a od sędziego głównego, że jachty, które schroniły się w portach mogą kontynuować wyścig, zgodnie z regulaminem - tego nam brakowało do podjęcia decyzji, wraca bojowy nastrój - naprawiamy się i płyniemy!
| Blekot w Nexo |
Christianso lewą burtą i do domu
| Zestaw wściekle pomarańczowy w drodze na Christianso |
| Rano zmieniamy żagle na na wyścigowe |
Rano wiatr słabnie, zimno, ciężko zmobilizować się do działania ale w końcu zmieniamy żagle na wyścigowe i kurs bardziej na Świnoujscie. Przed metą jeszcze jakieś dwa halsy, w końcu przecinamy linię mety koło czerwonej główki z czasem 49 godzin 23 minuty 56 sekund. Plan minimum wykonany - czas lepszy od zeszłorocznego.
Oficjalny tracking regat
Wyniki
S/y Blekot widziany z pokładu S/y Big Wigwam koło Bornholmu
Oficjalny tracking regat
Wyniki
S/y Blekot widziany z pokładu S/y Big Wigwam koło Bornholmu
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Hanse Cup Adriatic 2013
Jadąc nad morze obserwowaliśmy temperatury wyświetlane na tablicach informacyjnych wzdłuż autostrady, do Słowenii rosły i już było powyżej 10 stopni ale po przekroczeniu granicy Chorwackiej pojawiły się niskie, deszczowe chmury i temperatury zaczęły spadać ... aż do 4 stopni. Im bliżej, tym twarze były coraz bardziej zmartwione, kiedy nagle, po przejechaniu tunelu, chmury zniknęły magicznym sposobem a oczom naszym ukazało się morze, błękitne niebo i białe skały oświetlone złotym kolorem zbliżającego się do zachodu słońca ... i 14 stopni Celsjusza! Ale nic za darmo, taka różnica temperatur nie może sobie istnieć w przyrodzie bezkarnie - następnego dnia wieje bora 40 węzłów a lokalnie do 60. W niedziele stoimy więc w porcie (zwiedzamy Trogir), wieczorem wiatr osłabł zgodnie z prognozą i można było już bezpiecznie wyjść ale nie dotarł genaker dla nas (!), hmmm ... Za to wieczorem Maciek przygotował sushi, było na co popatrzeć w trakcie jego pracy i jeszcze długo potem, bo mimo pysznej ryby, idealnego ryżu, miski imbiru i zaostrzonego apetytu siedmiu osób, nie daliśmy rady zjeść wszystkiego.
| Delfin jak żywy ... |
| Załoga śniada na Loli w Hvarze |
| Trening pod genakerem |
Po wyjściu z Hvaru stawiamy genaker, trenujemy trymowanie i zwroty przez rufę. Stawianie i zrzucanie idzie nam już dobrze, Jumbo zostaje specjalistą od montowania i podawania go przez luk z przedniej kabiny. Daria, Gosia, Maciek, Olek i Tomek zmieniają się przy szocie, bo wieje w porywach do 4 bufortów i chwilami płyniemy 8 węzłów a na szocie trzeba się trochę fizycznie napracować. Mamy tylko 2 kabestany, szoty genakera są ciut za krótkie i przy silniejszych podmuchach zrobienie zwrotu z lewego na prawy hals jest problematyczne bo brakuje kabestanu do wybierania grota. Ładnych kilka godzin halsujemy się z wiatrem do samej Kasteli.
| Bieg pierwszy, wiatr przestał wiać i zmienił kierunek z bajdewindu ... na fordewind. |
| Wiej, wietrze wiej! |
| Stari Grad. Stoimy pod zegarem. Lola ma najmniejszego ... |
| Dzień drugi: 13-tka - bliźniaczka Loli z Chorwacką załogą |
Start wychodzi nam nieźle, korzystny jest lewy hals z szansą zrobienia boi jednym halsem ale większość startuje prawym przy boi. Startujemy przy statku komisji, przed nami tylko 'Okhotnik'. Przed górną boją robimy zwrot na prawy hals, brakuje nam 50 m (Okhotnik zrobił to jednym halsem) zmuszając lidera grupy startującej prawy halsem (też 445 jak Okhotnik), który właśnie przełożył się na lewy, do tego samego, niestety po zwrocie z szafki wylatują naczynia tłukąc się przeraźliwym dźwiękiem. Znowu zwrot i na boi jesteśmy drudzy, reszta trasy z wiatrem. Jumbo schodzi pod pokład, ratować co pozostało, żeby było na czym jeść. Z wiatrem niestety większe jachty szybko nas przeganiają, no ale przynajmniej było trochę regatowych emocji na początku.
| Dzień drugi: 25 węzłów wiatru, 9 węzłów SOG |
| Dzień trzeci: morze gładkie, wiatr słaby ... |
Metę - położona koło kotwicowiska, na które uciekliśmy z Hvaru przed regatami - zamykają o 18:00. Płyniemy twardo do końca 'licząc na cud', choć już na godzinę wcześniej widać, że nie zdążymy. Chorwaci też nie dopłynęli. O 18:00 wiatr się wzmaga wiec płyniemy dalej ciesząc się ostania żeglugą pod żaglami w tym rejsie, blisko brzegu malowniczych wysepek, po całym dniu bujania się na środku morza. Przechodzimy na żaglach między wyspami ale po ich drugiej stronie wieje z innego kierunku i trzeba genaker zrzucić. Wchodzimy do Hvaru i cumujemy 'long-side' do burty jako czwarty jacht od kei. Wodę wylaliśmy jako zbędny balast więc nie ma się jak wykąpać (a węża nie starcza bo za daleko). Zakończenie regat jest w sali z basenem na ostatnim pietrze największego hotelu w mieście, szwedzki stół ale żarcie takie sobie w porównaniu do poprzednich dni, a może to gorycz porażki psuje nam apetyt ...
Następnego dnia płyniemy na silniku do Kasteli bo zgodnie z prognozą nic nie wieje. Dopiero po południu zrywa się zdrowa bryza ale my już jesteśmy zatankowani w porcie, oddajemy 'Lolę' bez problemu (za stłuczone naczynia nie musimy nic płacić), odstawiamy jeszcze Jumbo i Maćka na samolot i pakujemy się do wyjazdu. Strasznie szkoda, że trzeba już wracać ...
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Śmigus bez dyngusa.
W pierwszy dzień Kwietnia była fantastyczna pogoda, dużo świeżego śniegu umożliwiającego żeglowanie po okolicznych polach (pierwszy raz w tym roku), wiatr, cumulusy i przebijające się przez chmury słońce. Zdjęcia autorstwa przygodnie spotkanego sympatycznego emeryta.
sobota, 29 września 2012
Adriatycki wrzesień.
| Nieopisana w żadnej locji zatoczka, zapewniła nam spokojny postój przy wietrze z SE (ręka skippera widoczna na przedłużeniu dwusiecznej kąta jaki tworzy bom ze sztagiem). Foto by Kiciuś? |
| Nasz statek fale pokonywał z gracją. |
| Spokojny poranek po niespokojnej nocy. |
| Kotwicowisko przy winnicy. |
| A wydawał się taki duży ... Alarm! Ponton odpływa! |
niedziela, 19 sierpnia 2012
Christianso opłynąłem lewą burtą.
| Pod pełnymi żaglami płynąłem całkiem szybko ... |
W tym roku długo nie mogłem znaleźć jachtu, może byłem zbyt mało przekonujący (albo przekonany)? Już prawie zrezygnowałem ale w ostatniej chwili, będąc na zawodach paralotniowych w Macedonii, postanowiłem jednak zapisać się na regaty bez statku licząc na okazję typu "last minute". Dobrą wróżka okazał się Krzysiek Bieńkowski, który zaproponował mi start zamiast siebie na jego łódce, pływającej pod bandera brytyjską, s/y Double Scotch (Sadler 32), pieszczotliwie nazywanej przez Armatora Skoczkiem. Jacht był mi znany jako bardzo solidny, nie bojący się wysokiej fali ani silnego wiatru ale niespecjalnie wyścigowy - 7 węzłów to absolutny nieprzekraczalny max. przy jego linii wodnej (dosyć krótkiej porównując do współczesnych jachtów tej wielkości) i masie - a liczyć można raczej na 5 przy zdecydowanym wietrze.
| Konkurent na trasie regat ... tylko który? |
Zaraz po odebraniu łódki wyszliśmy w morze (spaliśmy parę godzin przed świtem w śpiworach na parkingu). Wiało 4-5B z NE, była metrowa fala i taka pogoda miała utrzymać się do początku regat. Ja musiałem się szybko zaaklimatyzować bo na morzu byłem ostatnio w kwietniu no i musiałem nauczyć się obsługiwać statek jednoosobowo.
Skoczek w bajdewindzie pod pełnymi żaglami rozpędzał się nawet do 6 węzłów w akceptowalnym przechyle. Trening spinakerowy nam nie wyszedł ale obyło się bez strat. Autopilot - zabytek elektrotechniki analogowej (ale już na tranzystorach!) chwilami przejawiał objawy działania ale tylko w bajdewindzie i na jednym kursie. Rozebranie go i wyczyszczenie złączy spirytusem nie pomogło za bardzo, elektro-mechaniczny 'mózg' układu jest nierozbieralny. Było też trochę różnych prac do wykonania, a to szoty foka poprawić, a to szkentlę do refowania grota wymienić, w bloczku wymienić rolkę, hand-reling pokleić ... cały poniedziałek robótki ręczne - dobrze, że na miejscu obok, burta w burtę, stanął Krzysiek na Albinie Vega z dużą ilością elektro-narzędzi i nie tylko (dziękuję!). Wieczorem oficjalne rozpoczęcie imprezy, omówienie prognoz pogody i instrukcji żeglugi.
We wtorek, dzień startu, organizator zapewnił nam gotowe śniadanie, niby nic nadzwyczajnego: pieczywo, jajecznica, parówki, ser, ale było gotowe, ciepłe i nic nie trzeba było robić samemu - luksus. Na start wypłynąłem z mariny jako jeden z ostatnich (wydawało mi się, że ostatni) ale przed rozpoczęciem procedury startowej miałem jeszcze chwilę czasu. Płynąłem na samym grocie aby ułatwić sobie zwroty (z zamiarem wyrolowania genui zaraz po starcie). Wybrałem start przy zachodniej boi licząc, że jako niekorzystne taktycznie miejsce będzie tu pusto - przeliczyłem się - w rezultacie spóźniłem start o około 2 minuty.
Po starcie wyrolowałem genue i pod pełnymi żaglami płynąłem całkiem szybko, chwilami nawet ponad 6 węzłów, cóż kiedy inni trochę szybciej ... i trochę ostrzej. Zaraz po starcie wyprzedziły mnie s/y Sunrise i s/y Fourwinds idący w znacznym przechyle na foku zrolowanym prawie do połowy. Wyszło słońce a wiatr trochę osłabł. Co prawda obserwowałem ładne cumulusy, przeczące tezie meteorologa o stabilnej atmosferze (a w stabilnym powietrzu, zawietrzna Bornholmu ze słabym wiatrem, miała ciągnąć się na wiele mil) ale wariant wschodni trasy miałem mocno 'zafiksowany w umyśle' - zupełnie jak turysta a nie zawodnik.
To co martwiło mnie najbardziej - brak działającego autopilota - okazało się banalne, ster umocowany od nawietrznej 'na sznurek' a od zawietrznej 'na gumkę' i Skoczek płynął sam, w każdym razie bajdewindem. Sterując ręcznie nie uzyskiwałem ewidentnie lepszych rezultatów. Jako, że sterowanie miałem załatwione to na prawym halsie, pomimo fali, mogłem sobie bezpiecznie pogotować (na Skoczku kambuz jest po lewej stronie) była chińską zupka, i gorący kubek, i herbata - normalnie wakacje. Zagadką było kiedy zrobić zwrot jako, że spodziewane były niewielkie zmiany kierunku wiatru na bardziej wschodni i bardziej północny, tylko nie było pewne kiedy nastąpią.
Do wieczora wypłynąłem z zasięgu telefonu, fala trochę wzrosła a prędkość spadła. Ubrałem ekwipunek nocny - zamiast czapki, kask narciarski z przylepioną (srebrna taśmą) czołówką. Przez większość nocy płynąłem lewym halsem, co spowodowało (przy okazji), że nawietrzna koja to była ta większa - łatwiej wstawać i ogólnie wygodniej. Ustawiałem minutniki (mechaniczny z Tesco i elektroniczny z Lidla) i próbowałem chwilę się przespać (Skoczek płynął sam), udało mi się chyba ze 3 razy - śniło mi się coś nawet. Poza tym noc minęła spokojnie, żadnych sytuacji kolizyjnych nie zanotowałem.
Świt wstał szary, więcej żagli (konkurentów) było widać bliżej Bornholmu. W mojej okolicy pojawił się s/y Polled 2 i przed Christianso mnie wyprzedził. W okolicach wyspy byłem dopiero po południu, wyszło słońce a wiatr wyraźnie i nagle ucichł ale pozostała jeszcze dosyć wyraźna fala. W baksztagu niestety nie dało się za bardzo ustawić łódki tak aby płynęła sama. Nie miałem pomysłu jak postawić spinaker w tych warunkach, ale kiedy wiatr jeszcze osłabł i zaczęły mnie doganiać kolejne jachty (i po przeliczeniu, że bez spinakera mogę spędzić 3 doby zamiast planowanych 2 na morzu) jakoś dałem radę. Najpierw zamontowałem kontraszot grota (na wypadek niekontrolowanej rufy), potem topenantę spinakrebomu, obciągacz spinakrebomu jakoś zaimprowizowałem, żagiel miałem przygotowany. Kosztowało mnie to trochę biegania po pokładzie ale udało się! Byłem z siebie strasznie zadowolony.
Prędkość wróciła znowu do przyzwoitej wartości a pod spinakerem jacht płynął chętniej prosto i z mniejszymi siłami na sterze - udawało się ustawić ster na dwóch gumach tak, żeby na chwilę puścić rumpel. GPS pokazywał, że jest szansa dopłynąć rano następnego dnia. Cała noc spędziłem za sterem, było kilka szkwałów i ostrząc w nich chwilami udawało mi się płynąć nawet 6 węzłów ale generalnie wiatr powoli słabł a fala malała. Wypiłem 3 red-bulle zachowane specjalnie na taką okazję, zagryzałem batonikami czekoladowymi i bułkami z pasztetem ... pod koniec nocy nie mogłem już na to patrzeć. Chciałem zjeść twarde jabłko albo kiszonego ogórka, niestety nic z tych rzeczy nie było na pokładzie.
Po całej nocy w kokpicie, o poranku, do mety było 25 mil, prędkość pod spinakerem wynosiła powyżej 5 węzłów a humor w załodze był dobry. Niestety wiatr szybko osłabł, potem zmienił kierunek na SE. Prędkość spadła, zaraz po niej nastrój, wyszło słońce i zaczęło przypiekać, to były najtrudniejsze, długie godziny, ale powoli zbliżaliśmy się do portu (ja i Skoczek).
Przed metą słyszałem korespondencję z kolejnych jachtów, które zgłaszały wycofanie się z regat. Na powitanie wypłynęli mi Edward Zając i Herwig Dressler na Bavarii S/y LaleLu. Chciałem wejść na metę, z fasonem, na spinakerze ale akurat wchodził do portu wielki kontenerowiec, także musiałem zrzucić spina i zrobić kilka kółek przed główkami. Metę przekroczyłem po statku, zaraz przy czerwonej główce z czasem 51 godzin 23 minuty 24 sekundy. Cóż trzeba będzie ten czas poprawić w przyszłym roku, o ile ktoś mi znowu statku pożyczy ...
Skoczek w bajdewindzie pod pełnymi żaglami rozpędzał się nawet do 6 węzłów w akceptowalnym przechyle. Trening spinakerowy nam nie wyszedł ale obyło się bez strat. Autopilot - zabytek elektrotechniki analogowej (ale już na tranzystorach!) chwilami przejawiał objawy działania ale tylko w bajdewindzie i na jednym kursie. Rozebranie go i wyczyszczenie złączy spirytusem nie pomogło za bardzo, elektro-mechaniczny 'mózg' układu jest nierozbieralny. Było też trochę różnych prac do wykonania, a to szoty foka poprawić, a to szkentlę do refowania grota wymienić, w bloczku wymienić rolkę, hand-reling pokleić ... cały poniedziałek robótki ręczne - dobrze, że na miejscu obok, burta w burtę, stanął Krzysiek na Albinie Vega z dużą ilością elektro-narzędzi i nie tylko (dziękuję!). Wieczorem oficjalne rozpoczęcie imprezy, omówienie prognoz pogody i instrukcji żeglugi.
| Polled 2 przed Christianso. |
Po starcie wyrolowałem genue i pod pełnymi żaglami płynąłem całkiem szybko, chwilami nawet ponad 6 węzłów, cóż kiedy inni trochę szybciej ... i trochę ostrzej. Zaraz po starcie wyprzedziły mnie s/y Sunrise i s/y Fourwinds idący w znacznym przechyle na foku zrolowanym prawie do połowy. Wyszło słońce a wiatr trochę osłabł. Co prawda obserwowałem ładne cumulusy, przeczące tezie meteorologa o stabilnej atmosferze (a w stabilnym powietrzu, zawietrzna Bornholmu ze słabym wiatrem, miała ciągnąć się na wiele mil) ale wariant wschodni trasy miałem mocno 'zafiksowany w umyśle' - zupełnie jak turysta a nie zawodnik.
To co martwiło mnie najbardziej - brak działającego autopilota - okazało się banalne, ster umocowany od nawietrznej 'na sznurek' a od zawietrznej 'na gumkę' i Skoczek płynął sam, w każdym razie bajdewindem. Sterując ręcznie nie uzyskiwałem ewidentnie lepszych rezultatów. Jako, że sterowanie miałem załatwione to na prawym halsie, pomimo fali, mogłem sobie bezpiecznie pogotować (na Skoczku kambuz jest po lewej stronie) była chińską zupka, i gorący kubek, i herbata - normalnie wakacje. Zagadką było kiedy zrobić zwrot jako, że spodziewane były niewielkie zmiany kierunku wiatru na bardziej wschodni i bardziej północny, tylko nie było pewne kiedy nastąpią.
| Poranek pod spinakerem, 5 węzłów (13,7 m głębokości). |
Świt wstał szary, więcej żagli (konkurentów) było widać bliżej Bornholmu. W mojej okolicy pojawił się s/y Polled 2 i przed Christianso mnie wyprzedził. W okolicach wyspy byłem dopiero po południu, wyszło słońce a wiatr wyraźnie i nagle ucichł ale pozostała jeszcze dosyć wyraźna fala. W baksztagu niestety nie dało się za bardzo ustawić łódki tak aby płynęła sama. Nie miałem pomysłu jak postawić spinaker w tych warunkach, ale kiedy wiatr jeszcze osłabł i zaczęły mnie doganiać kolejne jachty (i po przeliczeniu, że bez spinakera mogę spędzić 3 doby zamiast planowanych 2 na morzu) jakoś dałem radę. Najpierw zamontowałem kontraszot grota (na wypadek niekontrolowanej rufy), potem topenantę spinakrebomu, obciągacz spinakrebomu jakoś zaimprowizowałem, żagiel miałem przygotowany. Kosztowało mnie to trochę biegania po pokładzie ale udało się! Byłem z siebie strasznie zadowolony.
Prędkość wróciła znowu do przyzwoitej wartości a pod spinakerem jacht płynął chętniej prosto i z mniejszymi siłami na sterze - udawało się ustawić ster na dwóch gumach tak, żeby na chwilę puścić rumpel. GPS pokazywał, że jest szansa dopłynąć rano następnego dnia. Cała noc spędziłem za sterem, było kilka szkwałów i ostrząc w nich chwilami udawało mi się płynąć nawet 6 węzłów ale generalnie wiatr powoli słabł a fala malała. Wypiłem 3 red-bulle zachowane specjalnie na taką okazję, zagryzałem batonikami czekoladowymi i bułkami z pasztetem ... pod koniec nocy nie mogłem już na to patrzeć. Chciałem zjeść twarde jabłko albo kiszonego ogórka, niestety nic z tych rzeczy nie było na pokładzie.
| Popołudnie dalej pod spinakerem ... ale port już widać |
Przed metą słyszałem korespondencję z kolejnych jachtów, które zgłaszały wycofanie się z regat. Na powitanie wypłynęli mi Edward Zając i Herwig Dressler na Bavarii S/y LaleLu. Chciałem wejść na metę, z fasonem, na spinakerze ale akurat wchodził do portu wielki kontenerowiec, także musiałem zrzucić spina i zrobić kilka kółek przed główkami. Metę przekroczyłem po statku, zaraz przy czerwonej główce z czasem 51 godzin 23 minuty 24 sekundy. Cóż trzeba będzie ten czas poprawić w przyszłym roku, o ile ktoś mi znowu statku pożyczy ...
Etykiety:
Bałtyk,
Bornholm,
Double Scotch,
Polonez Cup,
regaty,
Sadler 32,
spinaker,
Świnoujście,
żeglarstwo
Lokalizacja:
wybrzeże Władysława IV 3, Świnoujście, Polska
niedziela, 29 kwietnia 2012
Sezon windsurfingowy się zaczął.
Taka prognoza w kwietniu nie powinna się marnować (prędkość wiatru w 'bufortach' 5 do 7 , temperatura w 'celcjuszach' 25). Prognoza się sprawdziła. Woda w Zalewie Rybnickim jest już ciepła. Sprzęt można wypożyczyć w Szkole Windsurfingu Pol33.
Tylko czemu ręce tak bolą. Zdjęć żadnych nie mam, rozebrałem aparat, który odmówił posłuszeństwa na Kanarach, na części składowe i nie chce się dać poskładać ...
Tylko czemu ręce tak bolą. Zdjęć żadnych nie mam, rozebrałem aparat, który odmówił posłuszeństwa na Kanarach, na części składowe i nie chce się dać poskładać ...
wtorek, 24 kwietnia 2012
Wiosenne Kanary
Czy synek trochę podrósł, od stycznia, proszę pani?
|
I jak tam wylądować?
|
Połączenie doświadczenia i młodości oraz pierwiastka męskiego i żeńskiego w załodze ... źródłem sukcesów.
|
Na La Palmie mariny świecą pustkami ... no w każdym razie ta jedna ...
po drodze były wściekłe wiatry jakieś to i sztormiak się suszy
|
| Nu! Opalacie się! |
Kryptoreklama ... polecam!
|
Patrzeć się jak kobiety na delfiny ...
|
| Nigdzie nie znalazłem jak nazywa się rybka, chowająca się pomiędzy jadowitymi mackami aretuzy (ona tam jest!) ... Nemo? |
niedziela, 29 stycznia 2012
Zimowe Kanary
środa, 22 czerwca 2011
Na Bornholm w weekend
| Łódka może nie duża ale morze pokonywała dzielnie i dość szybko. |
W sumie to wariacka wycieczka była ... w sensie organizacyjnym wariacka. Decycja, że jedziemy zapadła w ostatniej chwili kiedy prognozy na weekend okazały się malo laskawe w zakresie przelotowego latania, a ostateczny skład załogi ustalił się jeszcze później. W końcu pojechaliśmy we trzech: ja, Francuz i Bliźniak Starszy. Chłopaki nigdy nie byli na morzu ale pływali dużo po mazurach i to miała być taka szybka 'męska wyprawa' najlepiej z jakimś dobrze określonym celem (Bornholm jest idealny). Mieliśmy bardzo mało czasu bo trzeba było wracąć do pracy, żon, dzieci itd. ... no do i latania. ... a niektórzy jeszcze mniej mieli tego czasu i zapowiadali, że jakby co to popłyną promem z powrotem. Statku użyczył nam Szymon (też glajciaż - jak cała załoga), który specjalnie przyjechał 100 km aby przywieźć nas z dworca do portu, przekazać klucze, 'oprowadzić' i zapoznać z wszelkimi urządzeniami i 'systemami' pokładowymi.
Przyznam, że miałem mieszane uczucia przejmując ten pełnomorski statek, bo taki był ... kieszonkowy. Wiedziałem przed wyjazdem, że ma 23 stopy całkowitej długości i oglądałem zdjęcia, ale co innego zobaczyć na własne oczy. On, a w zasadzie ona, jest taka filigranowa cała, zupełnie nie jak współczesne łódki o podobnej długości - o kształcie rozbujałym w każdą stronę. Wszystko jest na niej proporcjonalne do tej niezbyt dużej długości i wydawało mi się takie, delikatne jakieś. Już zaczynałem coś przebąkiwać, że może niekoniecznie na Bornholm, że może ... Rugię tylko pozwiedzamy ...
Na Dąbiu jeszcze, widzieliśmy cztery maszty Siedova przesuwające się za drzewami na Odrze w kierunku Szczecina. Ładnie wiało, tak że szybko zmieniliśmy genue na maszowego foka, ale niestety w pysk choć z lekka odchyłką - po Odrze dawaliśmy radę się halsować, potem był Zalew i nawet spora fala. Chłopaki płynęli we dwóch a ja próbowałem odespać podróż. W Świnoujściu byliśmy na wieczór. Kupiliśmy paliwo do pełna i wymieszaliśmy z 'oliwą'. Dokupiliśmy też trochę żarcia w sklepie 24/24h ... no i zdecydowaliśmy, że 'dajemy' na tą duńską wyspę, bo prognozy są dobre, a jakbyśmy się mieli spóźnić z powrotem to ... później się będziemy martwić ...
Wyszliśmy z portu w morze zaraz po północy (żeby nie było, że w piątek). Do rana, czyli tak ze trzy godziny, wiatr fajnie wiał z pełnego bajdewindu, potem słabiej ... a potem przestał. Zrobiło się ciepło, nawet bardzo ciepło i ... nudno trochę, morze gładkie zupełnie, pusto w zasięgu wzroku, nawet nic w okolicy nie przepływało. Francuz wyciągnął prześcieradło i zmontował 'bimini' wyglądało trochę tak bieliźniano, ale dawało cień. Po jakis czasie bujania się w bezwietrzu prawie, wypatrzyliśmy przez lotnetkę zmarszczki na wodzie na horyzoncie, w dobrym kierunku ... odpaliliśmy patefon na pół godziny, żeby dopłynąć do tego wiatru (trochę niesportowo, no ale wrócić trzeba na czas ... do pracy, żon, dzieci, itd.). Wiatr, zefirek raczej (od zachodu powiewał), okazał sie wiać z baksztagu, niezbyt natrętnie, kombinowaliśmy z żaglami, żeby wycisnąć choćby 0.1 wezła więcej, improwizowaliśmy spinakerbom z bosaka i lazy-jack też zwiekszał naszą powierzchnie ożaglowania. Wyspę zobaczyliśmy już dobrze po południu i zbliżaliśmy się do niej niespiesznie, a do portu w Nexo weszliśmy dobrze po północy. Próbowałem zasięgnąć języka czy też zgłosić wejście ale tylko mewa latała nademną skrzecząc na cały port, jak burek podwórkowy pilnujący obejścia. Polacy ze statku wycieczkowo-wędkarskiego, uspokoili mnie, żeby spać spokojnie do rana a rano ktoś już nas znajdzie.
![]() |
| W Nexo o poranku. |
Powałęsaliśmy się trochę po miasteczku, pooglądaliśmy jachty w marinie i ... zjedliśmy pizze bo jakoś nie mogliśmy znaleźć ryby. Większość potencjalnych atrakcji zamknięta (np. wypożyczalnia rowerów) bo to niedziela. Miasteczko ładne, kolorowe i bez tłumów, pojedynczy turyści mijali nas na rowerach. Czasu było mało bo wracać trzeba ... do pracy, żon, dzieci, itd.
Wypadało by napisać o powrocie ale jakoś wena mi się skończyła ... no nudy w sumie ... ;-)
Wypadało by napisać o powrocie ale jakoś wena mi się skończyła ... no nudy w sumie ... ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

